Mało rzeczy w kuchni


Autor: Margarete Schutte-Lihotzky {{PD-US}}
Jakiś czas temu postanowiłem przejść na zdrową i prostą dietę, rybny wegetarianizm i zostać abstynentem. Chciałem jeść smacznie, ale bez przesadnego „hodowania” sobie wymagających kubków smakowych. Okazało się, że teraz potrzebuję bardzo mało przedmiotów w kuchni. Zanim o tym powiem, opiszę ogólnie problemy z rzeczami.


Problemy z rzeczami

Mniej przedmiotów, to więcej przestrzeni. Teoretycznie można mieć mniejsze mieszkanie, a przez to większą niezależność finansową.

Lepiej się czuję w miejscach niezagraconych, gdzie jest więcej przestrzeni, gdzie nie ma się poczucia tonięcia w przedmiotach, gdzie nie rozpraszają setki małych przedmiotów (chociaż wiele z nich można sprytnie ukryć, chowając je w odpowiednich meblach).

Hałas wizualny dużej ilości rzeczy może trochę dekoncentrować. Trudniej się w nim wyciszyć i zająć swoimi myślami. Tutaj jednak najgorsze mogą być krzykliwe opakowania mówiące „teraz taniej”, „20% więcej” itp. Nie chcę zaśmiecać umysłu takimi tekstami. Dlatego też unikam takich produktów albo je chowam. Niektórzy przesypują je do przezroczystych pojemników.

Nie lubię tego ciągłego kupowania, naprawiania, czyszczenia. Rzeczy co chwilę się psują. Im mniej tej całej zawieruchy, tym więcej czasu na ważniejsze rzeczy.

W dzisiejszych czasach rzeczy psują się częściej niż kiedyś. Producenci bowiem często stosują celowe postarzanie produktów. Przedmioty nieraz tworzy się tak, by psuły się po kilku latach – by klient kupił znowu. Nabywając coś, bardziej wykupujemy abonament niż prawo własności. To kolejny powód, dla którego unikam kupowania.

Im więcej przedmiotów, tym więcej nieużywanych rzeczy. Zdarzyło mi się kiedyś coś kupić, a po miesiącu o tym zapomnieć. Tym bardziej jestem ostrożny. Co ciekawe, w tej grupie często są zestawy kupione na „specjalną okazję”.

Rzeczy przyczyniają się też do zanieczyszczenia środowiska.


Mała kuchnia

Mała kuchnia zmusza do kreatywnego wykorzystania przestrzeni i może chronić przed nieprzemyślanymi zakupami – takimi, co cieszą chwilę, a potem idą w zapomnienie. Czasem ograniczenia mają dużo zalet.

Kuchnia może być jeszcze mniejsza, gdy domownicy będą w niej tylko przygotowywali posiłki, ale jedli w pokoju. Chroni to przed duplikowaniem przestrzeni użytkowej: jadalni w pokoju i w kuchni. Wtedy można zrezygnować z jednego dodatkowego stołu i mieć kilka krzeseł mniej.

Oczywiście, takie rozwiązanie ma wady. Przygotowywanie posiłku może jednoczyć domowników. Czy przy małej kuchni będzie to możliwe? Czy będzie można wygodnie razem przygotowywać posiłki w pokoju (kto tak dzisiaj robi...)?

Alternatywnym rozwiązaniem do małej kuchni jest aneks kuchenny – tam jednak zapachy będą się bardziej rozchodziły, co może być kłopotliwe.

Jednak metr mieszkania kosztuje przecież bardzo dużo. Dodatkowo, im większy metraż, tym większy czynsz. Chodzi mi o to, by w takiej dużej kuchni był czas i siły na przygotowywanie posiłków z rodziną. Bo może być z tym ciężko, gdy trzeba będzie brać nadgodziny na spłatę kredytu.


Za dużo jedzenia

Przy dużej ilości jedzenia, dziesiątkach zestawów herbat i przypraw łatwo można o czymś zapomnieć, tak że się coś zmarnuje. Z drugiej strony, zapasy mogą się przydać w rzadkich kryzysowych sytuacjach.


Goście

Goście mogą zwiększać zapotrzebowanie na rzeczy w kuchni. Czasem można serwować jedzenie, które bierze się w ręce, ale to na pewno nie jest rozwiązanie uniwersalne.

Większa liczba gości może wymagać większej liczby naczyń – szkoda, że nie ma bibliotek na rzeczy. Czasem można od kogoś pożyczyć, tylko że raczej powszechne jest w Polsce mniemanie, że „każdy musi mieć swoje” - i gdy kogoś zapytamy, to może popatrzeć na nas jak na kosmitę.

Niestety, wykształcił się zwyczaj podawania wszystkiego w osobnych naczyniach: np. wina, wódki i innych napojów. Owszem, niby kieliszek trzyma lepiej bukiet zapachowy wina, ale od wielu takich „specjalistycznych” naczyń i rzeczy komplikuje się niepotrzebnie życie. Tym bardziej, że takie zwyczaje stają się po pewnym czasie przymusem społecznym, z którego ciężko się wyłamać. Sprzedawcom, marketingowcom udało się wmówić, że tego „potrzebujemy”, że inaczej będzie „nieestetycznie”.

Podejrzewam, że w przyszłości może się to nawet pogorszyć: będą szklanki tylko do wody, soku jabłkowego, soku marchewkowego, itp. I gafą będzie podanie komuś czegoś w uniwersalnej szklance!


Czego nie potrzebuję?

Teraz powiem o tym, czego nie potrzebuję. Nie oznacza to, że nic z tego nie mam – największym powodem rozbieżności są goście. Jeśli dom ma być na nich otwarty, to może się przydawać więcej rzeczy w kuchni. Sam nie potrzebuję:

1. Dużej lodówki. Bo warzywa, olej lniany, małe ilości ekologicznych jaj, sera i morskich ryb zajmują niewiele miejsca.

2. Zamrażarki: nie jem mięsa, nie mrożę alkoholu. Przygotowuję posiłki małym nakładem pracy, więc nie potrzebuję mrozić gotowych potraw.

3. Tostera: lubię jeść twardy chleb powoli, małymi kawałkami. Nic się nie marnuje!

4. Frytkownicy, gofrownicy i innych specjalistycznych urządzeń. Oprócz kwestii zdrowotnej, uważam że jeśli już kupować, to kupować urządzenia wielofunkcyjne.

5. Zmywarki: prostsze potrawy to mniej zmywania. Nie robię schabowych i innych skomplikowanych potraw. Nie mam też problemu z wytłuszczoną patelnią. Zmywarka wymaga więcej środków chemicznych do mycia niż zwykłe zmywanie.

6. Patelni: W pewnym badaniu stwierdzono, że smażenie ryb jest związane z większym ryzykiem raka prostaty (1), szczególnie przy dłuższym smażeniu (podobnie wyszło dla grillowania). W przypadku gotowania nie stwierdzono zwiększonego ryzyka. W innym badaniu okazało się, że konsumpcja czerwonego mięsa (schabowe!), zwłaszcza smażonego (im dłużej, im bardziej) jest związana z większym ryzykiem raka płuc (2).

7. Kieliszków do wina, wódki, barku, stojaka na wino.

8. Ekspresu do kawy. Bo nie chcę pić kawy regularnie. Lepiej wyjść od czasu do czasu do dobrej i klimatycznej kawiarni. Zresztą, jak to napisała Francine Jay, kawa w takich miejscach zawsze lepiej smakuje niż w domu, nawet jeśli jest robiona z tego samego ekspresu (3).

9. Mikrofalówki.

10. Cukiernicy: nie używam w ogóle cukru, jest niezdrowy. Więc po co? Słodzić można naturalnym miodem. Ciekawe, jakiś czas temu była w kraju panika, że drożeje cukier. Ani trochę się tym nie przejmowałem.

Inne niepotrzebne mi rzeczy to mikser, maszynka do mielenia mięsa. Trzymam się z dala od drobiazgów, bez których spokojnie można się obyć, typu podstawki na jajka, itp. Wolę rzeczy jak najbardziej wszechstronne i wielofunkcyjne.

Wolę materiałowe szmatki zamiast papierowych ręczników. Po co kupować na okrągło papierowe? Przy produkcji i po wyrzuceniu zanieczyszcza się środowisko. A w jaki sposób udało się osiągnąć ten „śnieżnobiały” kolor (czytaj: chemicznie biały kolor)?

Do prostej diety wystarcza głównie garnek (najlepiej z nakładką na parę dla ryb), kiełkownica (zamiast niej można wykorzystać durszlak, czasami wstawkę do garnka na parę), nóż, sztućce, naczynia. Z „luksusów” cenię sobie piekarnik, bo np. pieczenie chleba może tworzyć ciepły domowy klimat. Chwalę też sobie sokowirówkę.

Według mnie durszlak przydaje się tylko do kiełkowania, bo odcedzać wodę można trzymając pokrywką garnek.

Ogólnie, lubię zasadę „czy można się bez tego obyć”?


Zakończenie

Nie minimalizuję dla samego minimalizowania. Jak to powiedział Einstein: jeśli coś robić, to „prosto jak tylko się da, ale nie prościej”.



Przypisy:
(1) Amit D. Joshi, Esther M. John, Jocelyn Koo, Sue A. Ingles and Mariana C. Stern, Fish intake, cooking practices, and risk of prostate cancer: results from a multi-ethnic case–control study, http://www.springerlink.com/content/r487m3r083602105/

(2) Rashmi Sinha, Martin Kulldorff, Jane Curtin, Charles C. Brown, Michael C.R. Alavanja and Christine A. Swanson, Fried, well-done red meat and risk of lung cancer in women (United States), http://www.springerlink.com/content/x13x2mw371q0xjk3/


(3) Francine Jay -  The Joy of Less

Linki:
http://tofalaria.blogspot.com/2011/11/w-maej-kuchni.html

http://minimalist-ka.blogspot.com/2011/11/zupa-z-gwozdzia-i-pizza-quattro.html

http://plusultraminimalism.blogspot.com/2010/12/kuchnia-wyposazona-minimalnie.html

http://greenimalist.com/2010/10/minimalist-kitchen/

19 komentarzy:

  1. Podoba mi się Twoje spojrzenie na kuchnię, choć jak wiesz, np. o tosterze mam inne zdanie :) Ale co do reszty, myślę podobnie. Dzięki za podlinkowanie, u siebie również zamieszczę linka, może ktoś skorzysta.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiele sprzętów, które się ma, sprawia wrażenie niezbędnych. Dopiero ich brak pozwala zastanowić się, czy tak jest rzeczywiście.

    W nowym mieszkaniu nie miałem lodówki. Wprowadziłem się w październiku, a pory roku miały wyjątkowo normalny przebieg, więc do wiosny lodówkę zastępowała mi szafka na balkonie. Wraz ze wzrostem temperatury na dworze brak lodówki zaczął być jednak uciążliwy.

    Braku mikrofalówki nie odczuwam natomiast w ogóle, choć kiedyś korzystałem regularnie. Wszystko można podgrzać innymi sposobami. Wprawdzie mikrofale grzeją szybciej i nie trzeba brudzić garnka, ale nie jest to dla mnie warte wydawania pieniędzy i przeznaczania znacznej przestrzeni na to urządzenie.

    OdpowiedzUsuń
  3. WSZYSTKO O CZYM PAN PISZE JEST PRAWDĄ, GDYŻ SAM ZAUWAŻAM DOBROĆ MINIMALIZMU. ZAUWAŻYŁEM JEDNAK, ŻE DUŻY PROBLEM STWARZA WPROWADZENIE TYCH WSZYSTKICH ZASAD W ŻYCIE, A TO ZE WZGLĘDU NA KONSERWATYWNYCH CZŁONKÓW RODZINY :-) BO JAK PRZEKONAĆ DO TEGO ŻONĘ, KTÓRA LUBUJE SIĘ W MARKOWYCH RZECZACH, KOSMETYKACH ITD.? TO RODZI CZĘSTO OGROMNE KONFLIKTY, PROSZĘ MI WIERZYĆ.

    OdpowiedzUsuń
  4. Kolego Marcin - jesteś minimalistą? To dlaczego bijesz po oczach maksymalistyczną i agresywną czcionką!? Oczy pękają, źle się czyta.

    OdpowiedzUsuń
  5. Autorze - ja się z kolei etatowo nie zgodzę z pojęciem "rybny wegetarianizm".

    Nie istnieje nic takiego. Ryba jest zwierzęciem, to jest mięso. Jedząc ryby nie jesteś wegetarianinem.

    Tak samo nie myje się suchą wodą, nie ogrzewam się zimnym kaloryferem ani nie mogę zjeść pieczeni łososiowej z kurczaka....

    OdpowiedzUsuń
  6. @MARCIN: Jeśli nie możesz przekonać członków rodziny do minimalizmu, to ustal po prostu pewne granice :) To jest mój teren - minimalistyczny, a to wasz - róbta tam, co chceta.

    I, przy okazji wątku - Panie Henryku, jeśli nie jest to jakiś newralgiczny punkt dla Pana, to z ciekawości spytam: jak Pana rodzina zapatruje się na Pański minimalizm? U nas sprawa jest prosta - razem z mężem jesteśmy minimalistami i koniec tematu, ale przecież, jak nawet wspomniał Marcin - reszta członków rodziny nie musi być zachwycona tą ideą :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie masz mikrofalówki, bo to 1) niezdrowe, 2) przygotowujesz posiłki na bieżąco ?

    Jeśli chodzi o przyprawy, dodatki itd. to również je ograniczasz?

    Zapytam jeszcze o ryby - jak je przygotowujesz?

    OdpowiedzUsuń
  8. Hmm, dobry temat poruszany - przyprawy - ja jestem minimalistą, jednak uważam, że życie musi być bogate w różne smaki i doznania kulinarne - dlatego różnych ziół i przypraw u mnie dostatek - staram się wybierać przyprawy i mieszanki jak najbardziej naturalne - bez glutaminianu sodu - z resztą moja żona jest tu bardziej radykalna i nie toleruje np. rosołków w kostkach.

    Mam pod ręką także czosnek, ze 4 rodzaje cebuli, dobrą oliwę, smalec, bazylię, tymianek, także czasem zioła w doniczce.

    Wolę zjeść naturalnie, mniejszą ilość, ale zapewnić sobie bogactwo doznań.

    OdpowiedzUsuń
  9. Tofalaria: Dzięki.

    Iss: Brak lodówki faktycznie może przeszkadzać.

    Marcin: Kobiety chcą pięknie wyglądać. Zrozumiałe jest, jeśli mają ochotę kupić jeden ciuch lub kosmetyk więcej.

    Uważam, że minimalizm powinien poprawiać jakość życia. Jeśli powoduje zbyt dużo kłótni, to może warto go ograniczyć? Ten temat poruszyłem w artykule „Wady i pułapki minimalizmu”.

    RO (1): Piszesz o agresywnej czcionce, a czy Twój pierwszy komentarz jest wolny od agresji ;)

    RO (2): Z Wikipedii: Pescowegetarianizm (również zwany ichtiwegetarianizmem) nazwa pochodzi od słowa pesco (z łac. ryba). Jest to dieta będąca odmianą semiwegetarianizmu niesłusznie uznawanego za odmianę wegetarianizmu. Polega na wyłączeniu z diety mięsa czerwonego i drobiu, a pozostawiająca ryby. Użyłem terminu „rybny wegetarianizm” na pescowegetarianizm, żeby było wiadomo o co chodzi. Naturalnie, nie jest to wegetarianizm, ale słowo już jest w słowniku.

    Dagmare: Powiem krótko, jest dobrze :)

    Magda: Głównie (2). Niektóre przyprawy mogą być korzystne dla zdrowia (cynamon, imbir, mieszanka kurkuma+pieprz+papryka i wiele innych). Nie lubię jednak, jak jest ich za dużo :) Ryby przygotowuję na parze.

    RO (3): Czosnek, oliwa, cebule i wiele ziół: jak najbardziej tak.

    OdpowiedzUsuń
  10. Ad. 1. Nie jest - akcja rodzi reakcję.

    Ad. 2. Wikipedia się myli, nie istnieje coś takiego jak ichtiowegetarianizm - to jest oksymoron, rezultat pomyłki.

    Naturalnie rozumiem twoją intencję i skoro już jest w słowniku....

    Jednak upieram się "etatowo" - ponieważ gorąco nie zgadzam się z ideologią wegetariańską. To szkodliwe sekciarstwo i mącenie młodym ludziom w głowach.

    Dieta wegetariańska u dorosłego człowieka natomiast jak najbardziej dla mnie akceptowalna i popierana. Dieta - powtarzam - nie poglądy quasireligijne.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ad Ad. 2: To tylko słowo. Ichtiwegetarianizm nie jest wegetarianizmem. A co mam powiedzieć o słowie "kocham" - czy ma coś wspólnego z chamem ;) ?

    A co do samej ideologii wegetarianizmu, to chyba temat na inną dyskusję - być może go kiedyś tutaj poruszę.

    OdpowiedzUsuń
  12. Z drugiej strony, doprawdy nie wiem gdzie w ideologii wegetarianizmu (nie wegetarianizmu dietetycznego) dopatrzyłeś się sekciarstwa, mącenia młodym ludziom w głowach czy poglądów quasi-religijnych.

    OdpowiedzUsuń
  13. Ponieważ z 'wegetarianizmem agresywnym i ideologicznym' miałem dużo kontaktu w otoczeniu - uważam jak uważam. Że tak powiem - temat dla mnie istotny.

    Tematowi poświęciłem dzisiejszy wpis na moim blogu.

    Jaki wegetarianizm toleruję i popieram, a jaki "wegetarianizm" zwalczam - jasno tam napisałem.

    Chciałem odpowiedzieć komentarzem tutaj - ale byłoby tego za dużo.

    OdpowiedzUsuń
  14. Dodałem linka do ciebie w artykule i wspomniałem krótko jak postrzegam i definiuję twoją dietę.

    OdpowiedzUsuń
  15. Wracając do tematu głównego, czyli wyposażenia kuchni. Dziś zajrzałam do jednej szafki i znalazłam tam nieużywane, zapomniane sprzęty. Już leżą odłożone na kupkę "do oddania". A myślałam, że już było tak dobrze! ;) Ostatnio jeden garnek emaliowany się zepsuł, emalia odprysła i trzeba było wyrzucić. Jednak na jego miejsce nie kupiliśmy żadnego nowego. I co się okazało? Dajemy radę bez niego. Przy większych działaniach kuchennych po prostu gotujemy na raty (zdarza się to rzadko).

    OdpowiedzUsuń
  16. Jestem autorką wątku o minimalnie wyposażonej kuchni i rzeczywiście to fajna sprawa. Jednak... znalazło się w niej o dziwo kilka butelek wina i kieliszki, wbrew mojej woli, były prezentami...
    Nie mam serca odrzucać prezentów...
    Risotto z białym winem smakuje wybornie;p
    Założenia są dobre, a odstępstwa od zasad zdarzają się często :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Tofalaria: Podoba mi się, że mniej rzeczy czy miejsca stymuluje kreatywność. Jak się bez czegoś obejść? Często da się znaleźć jakieś rozwiązanie zastępcze.

    Plusultra: Jestem ciekaw, jak to będzie u Ciebie wyglądało za kilka lat :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Heh ostatnio wyprowadziła się ode mnie dziewczyna to teraz mam najbardziej minimalistyczną kuchnie mojego życia. Łyżki i widelce mogę policzyć na palcach jednej ręki, mam 1 duży talerz, 3 miski, szybkowar, patelnie... i to chyba tyle. Na początku było dziwnie ale teraz już jest normalnie a i do zmywania mniej :)

    OdpowiedzUsuń
  19. yyyy tam, zmywarka fajna rzecz - ja tam wolę pobawić się z dzieckiem niż zmywać w tym czasie gary. Podczas zmywania w zmywarce zużywa się o wiele mniej wody niż podczas zmywania ręcznego, a chemii wcale sypać nie trzeba, można używać środków eko, mielonych orzechów piorących, octu zamiast nabłyszczacza, sody, specjalnych saszetek wielokrotnego użytku - tak jak w sprzątaniu. Ja jestem też wegetarianką, uwielbiam gotować, piec sama chleb na zakwasie, zdrowe bezcukrowe ciastka dla rodziny (synek ze względów zdrowotnych jest na diecie bezcukrowej), codziennie wyciskam świeże soki (znacznie taniej i zdrowiej niż z marwitu), robię szejki warzywno-owocowe, naczyń brudnych więc produkuję codziennie sporo, a myć ich nie lubię, odkad mam zmywarkę zyskałam naprawdę sporo czasu, no i gary brudne lądują od razu w zmywarce, a nie w zlewie. Pomimo odżywiania się w ten a nie inny sposób sprzętów nie mam wcale mniej - nie ma frytkownicy, maszynki do miesa, krajalnicy, ekspresu do kawy, mam za to wyciskarkę do soku, urządzenie do szatkowania i miksowania warzyw, młynek do ziaren. No i kuchnia musi być duża, kuchnia to serce domu, przynajmniej dla mnie osobna i duża kuchnia to podstawa. pozdrawiam, ewa

    OdpowiedzUsuń