Uczciwość w erze kredytów i rozdmuchanej konsumpcji


Jak wygląda uczciwość w erze kredytów i rozdmuchanej konsumpcji?

Jeżeli jesteśmy przywiązani do nadmiernej konsumpcji i do dużego kredytu na mieszkanie, to w jaki sposób mamy opierać się niemoralnym poleceniom i pokusom w pracy? Gdy rośnie nasze zapotrzebowanie na pieniądze, to jak mamy mówić „nie”, ryzykując utratą źródła dochodu, gdy każą robić coś, co krzywdzi innych, a przynosi zysk? Co gdy nakażą nam użyć w pracy taniego środka chemicznego, który zanieczyszcza okolicę i uprzykrza życie mieszkańcom? Co gdy każą wciskać innym produkty, których oni nie potrzebują albo wręcz im szkodzą: kredyty konsumenckie, karty kredytowe, lewe fundusze inwestycyjne? Co gdy nakażą: napisać kłamliwy artykuł, sprzedać klientom drogie i zbyteczne leki, wmawiać pacjentowi, że trzeba leczyć więcej niż to jest konieczne, przemilczać wady produktu przy sprzedaży?

Łatwiej jest słuchać sumienia, gdy nie jesteśmy uwiązani finansowo i gdy mamy małe potrzeby.

3 komentarze:

  1. Rzeczywiście, pętla kredytowa może człowieka postawić pod ścianą... a jak wiadomo wtedy łatwo o nadużycia. Ja, na szczęście od kredytu jestem wolna. Kwestia przypadku. I widzę wyraźną różnicę w moim zachowaniu, łatwiej mi zachowywać wartości niż znajomym galopującym za zdolnością kredytową.

    OdpowiedzUsuń
  2. W pewnym sensie właśnie stwierdziłeś, że podstawy naszej zachodniej "cywilizacji" są zepsute u podstaw. Cywilizacja ta tworzy sztuczne problemy i równie sztuczne rozwiązania dla nich.

    OdpowiedzUsuń
  3. Od jakiegoś czasu nurtuje mnie ten problem - czy mam zmienić obecną pracę, bo nie do końca pozostaje w zgodzie z moim sumieniem? Gdybym w innej pracy dostała podobną pensję, pewnie bym się nie zastanawiała. Jednak znam realia, wiem, że w innej pracy, którą mogę podjąć ze względu na posiadane wykształcenie i umiejętności, dostanę niższą pensję i nie utrzymam aktualnego poziomu życia (poza wynajmowanym dachem nad głową, kartą miejską i jedzeniem, miesięcznie opłacam jeszcze karnet na jogę, kupuję kilka tytułów prasowych i kilka piw na mieście).
    Nie mam kredytu, nie mam wielu ubrań czy zbędnych przedmiotów, ale też nie mam oszczędności - z pensji udaje mi się w stolicy przeżyć "od pierwszego do pierwszego".
    Do domu nie wrócę, pochodzę z tej części kraju, gdzie jest najwyższe bezrobocie. Czy w związku z tym powinnam ograniczyć potrzeby do tych naprawdę niezbędnych - opłacenia dachu nad głową, karty miejskiej i jedzenia? Wtedy mogłabym zmienić pracę... Jednak nie byłabym szczęśliwa, chciałabym znów móc pozwolić sobie na zajęcia jogi, gazetę, piwo ze znajomymi...
    Głupie zapętlenie i brak decyzji, co z tym fantem zrobić :)

    OdpowiedzUsuń