Naginanie prawdy pod reklamy

Przedstawiony tu problem prawdopodobnie nie tyczy się wszystkich publikacji, ale jest często zauważalny.

Wielu z nas przywykło do ignorowania reklam w czasopismach i gazetach. Wydaje się, że autor pisze treść artykułu, a potem dołącza się do niego pasujące reklamy. Niestety, w rzeczywistości często to reklama decyduje o tym, co jest napisane w artykule, tak by zwiększył on u czytelnika szanse na kupno produktu.

Dobrym, choć może kontrowersyjnym pomysłem jest, by czytając czasopismo zacząć od reklam. Można wtedy zadawać sobie pytanie, co mogło być przemilczane lub podstępnie dodane w artykułach.

Przykładowo, w pewnym czasopiśmie ogrodniczym umieszczono reklamy kosiarek i pilarek. Przeczytałem potem, że „zadbany trawnik jest ładniejszy niż wiele kwiatowych łąk” (ja się nie zgadzam). Dalej pisali o elementach kwiatowej łąki w ogrodzie, ale dodali, że przecież „oczywiście” nie są w stanie zastąpić trawników. Jestem prawie pewien, że w tej gazecie najpierw pojawiła się reklama, a potem skrojono pod nią artykuł, a nie odwrotnie. Zwłaszcza, że nie wymienili żadnych wad związanych z utrzymaniem trawnika, np. hałasu kosiarek.

Są oczywiście wyjątki. Czasami reklama jest doczepiana do losowo wybranych artykułów, np. reklamy Google w internecie. Może też się zdarzyć, że reklama pokazuje coś, co autor z przekonaniem sam używa.

Wróćmy jednak do problemów. Często się zdarza, że przedstawia się w rzekomych „artykułach” serie produktów, niby wypróbowanych przez „ekspertów”, np. kosmetyki, noże, garnitury, soki, samochody, itp. Potem po prostu wymienia się konkretne marki, zapewne tych firm, które najwięcej zapłaciły za udział w takim rankingu. Piszą potem zwodniczo, np. dla ubrań „teraz to się nosi”, „pokaż, że masz styl” albo ogólnie „300 rzeczy, które musisz mieć” (naturalnie, można się obejść bez wielu z nich). Czy w takim przypadku mamy szansę dowiedzieć się o ewentualnych wadach tych produktów, albo o tańszych alternatywach?

Dlatego ja kojarzę wiele czasopism jako grube katalogi reklamowe. W wielu rozmyła się granica: artykuł-reklamy. Po co więc takie kupować, skoro nie będą nas o niczym rzetelnie informowały?

Przez reklamy wielu autorów nie może wyrazić swoich prawdziwych poglądów. Słyszałem przypadek kobiety, która chciała w pewnym piśmie dla matek napisać o samodzielnie przygotowanych przecierach dla dzieci. Jednak jej teksty zostały odrzucone, bo głównym sponsorem pisma była firma produkująca odżywki dla dzieci. Sponsorzy i reklamodawcy zamknęli w podobny sposób niejedne usta.

Jeśli czasopismo ma duże wpływy z reklam samochodów, to czy wspomną cokolwiek o dojeżdżaniu rowerem do pracy, zaletach czytania w pociągach? Czy opublikują listy czytelników niezadowolonych z samochodu? Zniechęciłoby to przecież reklamodawców.

Gdy gazeta reklamuje dużo kosmetyków, to jest mniejsza szansa przeczytać o naturalnych sposobach na to, by mieć zdrową skórę, cerę i ładny zapach ciała.

Możemy dojść do pytania: to co w takim razie czytać, skoro reklamy są w tak wielu miejscach? Nie ma prostej odpowiedzi. Generalnie teksty angielskiej Wikipedii, wielu książek, prac naukowych i blogów są raczej mniej skażone przez wpływ reklam. Nie ma na to jednak reguły. Zdarzają się przecież blogi, które wyglądają na szczere, osobiste wyznania, a tak naprawdę są pisane na zlecenie firm. Tysiące oddanych użytkowników Wikipedii na pewno nie uchroniło każdego jej tekstu przed różnymi wpływami. Książki też bywają używane jako część strategii marketingowych korporacji. Nawet badania naukowe bywały czasami naginane pod potrzeby zamawiających firm. Trzeba być sceptycznym i podejrzliwym w stosunku do wszystkiego, co się czyta.

A teraz test: drodzy czytelnicy, czy zadaliście sobie pytanie, kto stoi za blogiem, który czytacie i co próbują wam w nim sprzedać? Jeśli tak, to gratuluję czujności i zmysłu medialnego. W każdym razie uspokajam: na dzień dzisiejszy nic nie sprzedaję, ani nie zarabiam na tym blogu w jakikolwiek sposób (choć może się to kiedyś zmieni).

Interesujące spostrzeżenia na temat prawdy w gazetach lub na blogach można znaleźć też tu:

http://newsimpleliving.blogspot.com/2012/02/naturalne-planowanie-rodziny.html

http://racjonalne-oszczedzanie.blogspot.com/2011/05/w-co-inwestowac-latem-2011.html 

9 komentarzy:

  1. Ja przyznaję, na tym co publikuję w internecie w bardzo ograniczonym stopniu, ale jednak "od zawsze" zarabiam jakieś grosze.

    Ma moich blogach/stronach są i będą treści reklamowe - i to przyznaję otwarcie.

    Nie jestem jeszcze w tak uprzywilejowanej pozycji materialnej, aby móc odrzucić możliwe korzyści z aktywności w sieci.

    Piszę jednak artykuły/posty/wypowiedzi zupełnie nie patrząc na to co jest modne, co się sprzeda itp. - tylko to co mi leży na sercu - jeszcze w życiu nie napisałem niczego "pod sprzedaż" komercyjną na blogach czy innych stronach prywatnych.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zarabianie na blogu jest OK, pod warunkiem że się uczciwie pisze. Wyświetlanie reklam też może być OK, jeśli naturalnie pasują do artykułu (a nie odwrotnie): np. gdy pisałeś u siebie na LED-ach, to np. w reklamach Google wygenerował się link do firmy sprzedającej LED-y.

    Co do problemu zafałszowywania, to widziałem u Ciebie interesujący wpis: http://racjonalne-oszczedzanie.blogspot.com/2011/05/w-co-inwestowac-latem-2011.html, zaraz go dodam do mojego artykułu. W pierwszych trzech akapitach dobrze opisałeś, co się dzieje z prawdą na niektórych blogach.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zarabianie to chyba zbyt wielkie słowo - tyle mowa o zarabianiu w necie, że mam ochotę się podzielić tym sekretem :)

    Różne stronki, gdzie jest reklama Google (np. za pomoc znajomym w html, mogłem umieścić małą reklamkę, itp.), prowadzę od ok. 7 lat - zarobiłem z Google na czysto, po odtrąceniu podatku:

    UWAGA koleżanki i koledzy - napięcie rośnie! 500 zł :), to jest oszałamiająca suma 6 zł miesięcznie! :)

    Odrobinę więcej wpadło mi za nieistniejącą już reklamę z logosami na komórce - też forma zapłaty za pomoc znajomym w html-u, czyli łącznie moje oszałamiające zarobki to 15 zł miesięcznie.

    Po prostu jak ktoś bloguje pod te rekordowe zyski - to coś tu jest nie tak.

    Mimo to reklamy umieszczam, choć ostatnio np. wyrzuciłem reklamę Google z nagłówka strony - stwierdziłem że jest zbyt nachalna - te kilkadziesiąt zł raz na jakiś czas na jakiś drobny prezent dla kobiety, jakąś drobną przyjemność - aby nie było, że zupełnie bezproduktywnie tracę czas na necie :)


    No a ten art. to miło że się podoba :) taka prawda :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny artykuł. Tego właśnie powinna uczyć literatura, w tym kierunku powinno iść wykształcenie - rozwijać umiejętność krytycznego, własnego, spojrzenia.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nic nie sprzedajesz? A ja odnoszę zupełnie odmienne wrażenie. W każdym ze swoich postów reklamujesz jakąś z zalet "minimalizmu", starasz się przekonać czytelników, że proste życie jest remedium na wszystkie ich bolączki. Minimalizm - styl życia to produkt "all-in-one", można go zaaplikować do każdej sytuacji, rozwiązać nim każdy problem.

    A co do zarabiania, to przecież zyski można mierzyć nie tylko w złotówkach. Świadomość, że inni czytają i komentują może być wystarczającym wynagrodzeniem za czas poświęcony na pisanie. A czasem wystarcza o wiele mniej.

    OdpowiedzUsuń
  6. Tomek: dzięki.

    Ania: uświadomiłaś mi, że powinienem był napisać "nic nie sprzedaję dla zysku finansowego ani nie zarabiam pieniędzy w jakikolwiek sposób" (poprawię wkrótce w artykule), bo masz rację, że zysk można rozumieć szeroko, chociażby jako satysfakcję, że ktoś czyta i komentuje. Z tym, że ja mam co do faktu czytania i komentowania mieszane uczucia, bo przecież nie wiem dokładnie, jaki wpływ mogą mieć te artykuły na czytelników. A jeśli komuś zaszkodzę tym co napisałem? Nie mogę tego wiedzieć, więc daleki jestem od satysfakcji.

    Nie zgodzę się, że przedstawiam minimalizm jako remedium na wszystkie bolączki. Tak, jest to remedium na wiele bolączek, ale na pewno nie na wszystkie. Jednak wspominałem też, że w niektórych przypadkach minimalizm może nawet zaszkodzić.

    Piszesz, że "reklamuję" minimalizm. Słowo "reklamować" stało się dla wielu ludzi pejoratywne. Czuję się usprawiedliwiony, by użyć neutralnego słowa: że przedstawiam zalety minimalizmu.

    OdpowiedzUsuń
  7. Aniu, w życiu jak w życiu, ale przynajmniej w technologii minimalizm spisuje się świetnie - przeróżne systemy oparte na zasadzie KISS, prostych minimalistycznych rozwiązaniach funkcjonujących jako jedna całość - są solidne jak skała.

    OdpowiedzUsuń
  8. "Słyszałem przypadek kobiety, która chciała w pewnym piśmie dla matek napisać o samodzielnie przygotowanych przecierach dla dzieci. Jednak jej teksty zostały odrzucone, bo głównym sponsorem pisma była firma produkująca odżywki dla dzieci."

    Miałam podobny przypadek. Przez kilka lat czytałam jeden z magazynów kobiecych i po jakimś czasie przejrzałam wszystkie numery. Zauważyłam, że co jakiś czas pojawiają się podobne tematy. W tym wypadku chodziło mi o antykoncepcję. W niemal co drugim numerze było coś o środkach antykoncepcyjnych a naturalne metody planowania rodziny były pomijane lub wspomniane zdawkowo, głównie jako przykład podając kalendarzyk małżeński i jego wysoką nieskuteczność. Napisałam list do redakcji na ten temat przekonując, że kalendarzyk małżeński ma się nijak do NPR, że to chodzi o zupełnie inne metody i że ich skuteczność jest wysoka i jest to potwierdzone, wymieniłam masę innych korzyści stosowania NPR nie opierając się jedynie na kwestiach religijnych (bo zwykle to jest kojarzone z NPR) i co? Mój list pozostał bez odpowiedzi. Nie tylko nie pojawił się artykuł w tym magazynie na ten temat ale nawet mi osobiście nikt nie odpisał. Kasa! Wszędzie kasa! Firmy farmaceutyczne produkujące środki antykoncepcyjne sponsorują te artykuły w magazynach, żeby potem czerpać zyski z takiej formy reklamy. A NPR jest dostępne niemal za darmo, więc na tym nikt nie zarobi...

    OdpowiedzUsuń
  9. Aniu, bardzo ciekawy komentarz i niestety prawdziwy.

    OdpowiedzUsuń